W normalnych okolicznościach nie dałby się podejść tak łatwo, jednak osobliwe zauroczenie ziemską kobietą uczyniło go nieostrożnym. Załatwili go jak dzieciaka.
Zanim pojął, co się dzieje, mignęła plama futra, błysnęło troje oczu i zza głazu wyszedł Yula, zza powalonej kłody wyjrzał Hivistahm, a obaj trzymali w dłoniach broń wycelowaną w różne części jego ciała. Nie rozpoznał ich oręża, ale nie miało to żadnego znaczenia.
Był wściekły na siebie. Przed chwilą mógł ruszyć ku wyższym partiom gór. Miał wspaniałe wyposażenie, siłę i chęci, a teraz wszystko przepadło. I to nie za sprawą Massudów czy Ziemian, ale dwóch gości, którzy nigdy nie bywali żołnierzami.
Hivistahma pewnie zdołałby jakoś przechytrzyć, ale nic nie wiedział o refleksie i umiejętnościach tego drugiego, trójnożnego typa.
- Połóż prawą rękę na szczycie głowy! - odezwał się Yula przez translator. - Puść maczugę! Połóż lewą rękę na głowie. Szybko, jeśli można!
Randżi posłuchał. Hivistahm podszedł niezbyt pewnym krokiem, wyjął mu zza pasa promiennik i czym prędzej się cofnął.
- Dobrze. Trzymaj ręce jak teraz, bym widział twoje palce.
Kątem oka Randżi odnotował, że Hivistahm trzęsie się ze strachu. Ciekawe, jakim cudem te dwie pokojowe istoty zdołały w ogóle wziąć broń do ręki, o reszcie nie wspominając.
Kobieta wstała i otrzepała plecy.
- W samą porę, chociaż nie was oczekiwałam. Nie myślcie, że wybrzydzam. Ruszyła ku Randżiemu.
- Stój, gdzie jesteś.
Spojrzała zdumiona na trójnogiego, który zadrżał z lekka pod jej wzrokiem. Randżi z uwagą odnotował jego reakcję.
- Co jest? - spytała. - Jestem tropicielką. Należę do ekipy wyznaczonej specjalnie do tego zadania. Dobrze się sprawiliście i zostaniecie nagrodzeni, sama tego dopilnuję, ale nie jesteście żołnierzami. Ja owszem. Nie chcę podkraść wam sukcesu. Przytrzymam go na muszce, a wy odbierzecie mu moje rzeczy. Potem, wezwiemy ślizgacz, który wszystkich nas stąd zabierze.
Zrobiła następny krok.
Yula odstąpił nieco i wycelował broń w kobietę.
- Nie ruszaj się. Nie każ mi powtarzać. Twoja obecność tylko pogarsza sprawę. Randżi czekał cierpliwie, co jeszcze z tego wyniknie.
- Macie zamiar schwytać tego potwora żywcem i poddać badaniom i obserwacjom - stwierdził Yula.
- Oczywiście.
- Nie dopuszczę do tego - stwierdził tubylec i zjeżył sierść tak bardzo, że stał się dwa razy większy. - On musi umrzeć.
- O czym ty gadasz? - spytała Trondheim wpatrując się w broń trójnoga. - Czy nie pojmujesz, jak wielkiej rzeczy dokonaliście? Jak będą was fetować? Nie zdarzyło się jeszcze, żeby Yula pojmał z Hivistahmem żołnierza Aszreganów.
- Nie zależy nam na rozgłosie - warknął Yula.
- Ani na żadnej fecie - dodał Hivistahm. Yula przysunął się do Randżiego.
- On musi umrzeć. To niebezpieczny mutant, abnegat, który może przy następnej ucieczce zmienić Omafil w piekło. Raz już uciekł i zadał kłam wszystkim zapewnieniom o daleko posuniętych środkach bezpieczeństwa. Pokraczna istota! Groteskowy mieszaniec. Śmierć będzie dlań łaską.
- A skąd dowiedzieliście się, że uciekłem? - spytał nagle Randżi. Yula skrzywił drobne usta. Być może oznaczało to uśmiech.
- Mam dobrze poinformowanych przyjaciół.
- No, to powinniście wiedzieć, że nie wam decydować o jego losie - stwierdziła Heida. - Ślizgacz jest już w drodze. Jak wyjaśnicie śmierć naszego jedynego okazu?
- O tym nie pomyśleliśmy - mruknął Hivistahm i zerknął niepewnie na niebo.
- Zamknij się! - warknął Teot. - Ona próbuje nas zwieść, byśmy darowali życie potworowi. - Wycelował broń. - To nie potrwa długo. Za chwilę stąd odejdziemy.
- Jako żołnierz rozkazuję wam opuścić broń i oddać mi jeńca! - powiedziała stanowczo dziewczyna i postąpiła krok ku trójnogiemu. - A może i mnie zamierzacie zabić?
- Możecie zastrzelić mnie potem, nie dbam o to - stwierdził spokojnie Teot, wpatrzony w wizję własnego, chwalebnego męczeństwa. - Moje życie się nie liczy. Chętnie zginę, by uratować mój świat od tego monstrum. Gdyby jedno słowo o jego obecności na planecie przeniknęło do wiadomości, mielibyśmy tu panikę, jakiej Świat nie widział. Omafil to spokojna planeta. I taką ma pozostać.
Znów spojrzał na Randżiego.
- I próbuj mnie przekonać, że moje obawy są płonne. Byłem na statku, którym przyleciał. Widziałem swoje.
- Nikt się o nim nie dowie - spróbowała dziewczyna.
- Raz już uciekł.
- To się nie powtórzy.
Yula jakby się zawahał.
- Możesz to zagwarantować? Tak na sto procent? Chyba jednak nie. Wszystko świadczy przeciwko tobie. Już lepiej będzie go zastrzelić.
Heida podchodziła powoli coraz bliżej. Wyciągnęła rękę.
- Niestety, nie mogę na to pozwolić. Jeśli go zabijesz, będziesz musiał zabić także mnie. A teraz oddaj mi broń.
Randżi poczuł ze zdumieniem, że ton komendy był na tyle sugestywny, że sam odruchowo gotów był się podporządkować. Trójnogi był wyraźnie wstrząśnięty. Nic dziwnego. Gdy tylko spróbował skierować broń na kobietę, Aszregan skoczył.
Kopnięta celnie gruda ziemi trafiła futrzastego prosto w twarz. Pisnął, puścił broń i odruchowo sięgnął dłońmi do oczu. Zwykłe zachowanie kogoś, kto nigdy nie walczył. Randżi obrócił się na pięcie i spróbował dosięgnąć przerażonego Hivistahma. Ten wypalił na oślep z odebranej przed chwilą broni. Dziewczyna przypadła momentalnie do ziemi. Z pobliskiego drzewa runęła z hukiem w krzaki gładko ucięta gałąź.
Randżi zdołał w końcu wymierzyć Hivistahmowi cios pięścią. Trafił w okolice lewego oka. Chrupnęły jakieś kości, trysnęła krew. Drobny jaszczur padł bezwładnie na poszycie.
Ocierając wciąż oczy Yula zgiął środkową nogę i pochylił się, by podnieść broń. Randżi błyskawicznie znalazł kamień wielkości pięści. Jednym ruchem wziął go, obrócił się i cisnął. Kto inny pewnie zdołałby się uchylić, ale Yula nie był zbyt szybki. Kamień trafił go tuż ponad trzecim okiem, przebił futro i naruszył poważnie kość. Teot stracił przytomność.
Randżi stanął zadyszany i zastanowił się przelotnie, jaka to psychoza, jakie szaleństwo skłoniło te dwie pokój miłujące istoty do tak agresywnego zachowania. Zanim doszedł do jakichkolwiek wniosków, coś masywnego rąbnęło go w żebra i posłało na mchy.
Trondheim przetoczyła się i wyciągnęła rękę po tkwiącą wciąż w zaciśniętych palcach Hivistahma broń. Mimo silnego bólu Randżi próbował jej przeszkodzić i zdołał nawet chwycić dziewczynę za nogi, ale ta wyrżnęła go łokciem w nasadę nosa, wyrwała pistolet jaszczurowi i wycelowała.
Nie zamierzała zabić, chciała jedynie zranić napastnika. Randżi zamarł w oczekiwaniu na cios, ale nic się nie stało. Heida spojrzała ze zdumieniem na broń i ponownie przycisnęła spust.
Randżi wstał. Chyba wiedział już, co jest grane.
Yula mógł był oszaleć, ale Hivistahm musiał zachować resztki zdrowego rozsądku. Zgodził się wesprzeć atak, jednak nie chciał ryzykować zabicia kogokolwiek. Promiennik jaszczura był pozbawiony ładunku, miał posłużyć jedynie za groźną atrapę...
Trondheim odrzuciła bezużyteczny kawał żelastwa i skoczyła po broń trójnogiego. Randżi zastąpił jej drogę. Normalny Aszregan nie miałby w tym pojedynku żadnych szans, ale Randżi nie był zwykłym przedstawicielem tej rasy. Tym razem to on uderzył dziewczynę w bok. Jęknęła i spróbowała powtórzyć sztuczkę z łokciem. Gotowy na taki manewr przeciwnik zasłonił się ramieniem, a w chwilę później wymierzył tropicielce cios kantem dłoni w kark. Zemdlała.
Z trudem łapiąc powietrze wstał i podniósł promiennik trójnogiego. Potem wrócił do Hiyistahma, by odzyskać cieplną broń dziewczyny. Dopiero wtedy odetchnął spokojniej. W oczekiwaniu, aż pokonana odzyska przytomność, zajął się sortowaniem potrzebnego mu wyposażenia.
W końcu usiadła, potarła kark i spojrzała na Randżiego.
- Dobry jesteś - mruknęła. - A nawet lepszy. Nie słyszałam jeszcze o tak szybkim Aszreganie.
- Dziękuję. - Zerknął na poobijany nieco w trakcie walki translator. Działał.
- Nie walczysz jak Aszregan. W bezpośrednim kontakcie też jesteś jakiś inny.
- A wiele miałaś takich kontaktów? Nie pomyśl czasem, że rozumiem, o czym mówisz.
- Kościec, muskulatura. Jesteś o wiele bardziej nabity. Zupełnie, jak człowiek. Większość inteligentnych gatunków ma kości długie puste w środku. My nie. Mamy też więcej włókien mięśniowych; jesteśmy silniejsi, ciężsi. Aszreganie różnią się od nas pod tym względem. A ty przypominasz raczej człowieka.
- Raz jeszcze spytam: ilu Aszreganów poznałaś?
- Odtwarzam tylko to, czego nauczyłam się podczas szkolenia.
- Daleko wam do pełnego obrazu - mruknął niepewnie pamiętając, że podobne uwagi słyszał już z ust tej dwójki, która go pojmała.
- Zaczynam rozumieć, o co chodziło Ampliturom - stwierdziła dziewczyna. - To zaczyna się układać w pewną całość. Uznali was za dość podobnych do Ziemian, by spróbować. Z Akariami czy Koralami mieliby sto światów, wy zaś... Tak mogło być. Nadal niczego nie pojmujesz?
- Że jak niby? Jedyne, o czym warto rozmyślać, to piękno Celu.
- No, to raz rusz głową w innej sprawie. Jeśli dalej będą się tak bawić waszym DNA, to jak długo potrwa, aż staniecie się bardziej ludźmi niż Aszreganami?
- To niemożliwe - stwierdził Randżi. Czy na pewno? - spytał się w duchu.
- Naprawdę? Dla nich to jak budowa domu z klocków. Skąd możesz wiedzieć, do czego są zdolni? Głupotą byłoby nie doceniać ich talentów. Spójrz tylko na siebie: ludzkie wymiary, ludzka muskulatura, kościec, szybkość reakcji. Skąd niby możesz wiedzieć, kim naprawdę jesteś? Ile zostało w tobie z Aszregana?
Randżi zamilkł na dłuższą chwilę.
- Umysł mam aszregański - odparł w końcu. - I motywacje. Miałem zaszczyt poznać urok bezpośredniego, myślowego kontaktu z Nauczycielami. Poczułem ich serdeczność, poznałem ich nauki. Ziemianie tego nie potrafią. Wasz system nerwowy reaguje gwałtownie na podobne próby.
- To dowodzi tylko, że masz aszregański system nerwowy, jednak poza tym jesteś człowiekiem. Kształt czaszki, dłonie, to drobiazgi.
- Wygląd zewnętrzny o niczym jeszcze nie świadczy - odpalił Randżi, chociaż w głębi ducha wcale nie był tak pewien swego. Cholera, kim ja naprawdę jestem? Sługą Celu, upomniał się zaraz. Biologia nie ma znaczenia. Wskazał na ciężko rannych obcych.
- Im więcej przedstawicieli Gromady poznaję, tym bardziej skłonny jestem wierzyć w słuszność mojej sprawy. Jesteście konfliktowi. Rządy wdają się w spory, jednostki marnują czas na kłótnie. Wcale za tym nie tęsknię.
- Z przymusu. Nie miałeś szansy wyboru.
Spojrzał na nią drwiąco.
- A zauważyłaś, że ci niby wasi przyjaciele bardziej bali się ciebie niż mnie? I to ma być "wyższa cywilizacja?"
Zerknęła na nieprzytomnego trójnogiego.
- Tych dwóch to margines. Na dodatek są zapewne chorzy psychicznie.
- Może, ale niekoniecznie. A jeśli ich postawa wynika z racjonalnych przesłanek?
- Owszem, nie jesteśmy przesadnie popularni, ale szanuje się nas. Mamy wielu przyjaciół wśród obcych.
- Naprawdę? A może tylko udają przyjaźń, by was nie urazić?
- Kółko młodych dyskutantów, cholera... Przypominam, że to ty jesteś na tapecie. Ja wiem, kim jestem - mruknęła bez entuzjazmu. - Ampliturowie i ich przeklęty Cel. Popatrz tylko, co z wami zrobili. Nie mówiąc już o Molitarach, Seginianach czy Vvadirach. Przerobili was na żołnierzy. Giniecie za Cel, zamiast robić swoje.
- Nikt nie chce być zostawiony sam sobie.
- My chcemy.
Westchnęła i oparła się o kłodę. Obie dłonie starała się trzymać na widoku.
- Nie przeraża cię myśl, że ci "Nauczyciele" manipulowali twoim genotypem i to zapewne wtedy jeszcze, gdy byłeś w łonie matki?
- Nic takiego nie miało miejsca. Nie mogło, nikt by na to nie pozwolił.
- A skąd wiesz? Bo ci powiedzieli? Oni potrafią być nader "sugestywni".
- Jestem Aszreganem! - wykrzyczał Randżi. - A nie wytworem inżynierii genetycznej!
- To na pewno - mruknęła dziewczyna prawie ze współczuciem. - Do celu jeszcze daleko. Na razie jesteś tylko półproduktem.
- Nie mam się nad czym zastanawiać. Wiem i kropka.
Przyjrzała mu się uważnie.
- Może i wiesz. Może. Albo wspaniale kłamiesz, albo zrobili ci wodę z mózgu. - Wstała i przeciągnęła się, ale nie podeszła bliżej Randżiego. - Tak czy siak, nie przekonam cię. - Trąciła stopą bezwładnego futrzaka. - Może to szkoda, że on cię nie zastrzelił. Jeśli zamierzasz mi przyłożyć, to nie zwlekaj. Mam dość rozmowy z kimś, kto nie potrafi sklecić dwóch zdań od siebie. Nudny jesteś, chociaż to nie twoja wina.
Randżi wstał i sięgnął po cylinder z gazem. Ujrzał, że dziewczyna mimo wszystko jednak się krzywi.
- Może jednak poczekamy z tym jeszcze - stwierdził. - Ilekroć się odzywasz, zawsze słyszę coś pożytecznego.
- Łatwo cię zadowolić.
- Tak jakby - odparł zadowolony z własnej decyzji. - Od tej pory będziesz mi towarzyszyć. Gdybyś stała mi się ciężarem, zawsze zdążę użyć gazu. A w razie zagrożenia przydasz się jako zakładnik.
- A, więc awansowałam teraz na zakładniczkę? Nie obawiasz się, że przy pierwszej okazji złamię ci kark lub zepchnę ze skały?
- Owszem, ale nieustanne zagrożenie tylko wzmoże moją czujność. - Uśmiechnął się blado. - Pamiętaj jednak, że w razie czego reaguję odruchowo i może nie starczyć czasu, bym się powstrzymał. Na dodatek, jeśli masz rację, to jestem równie dobry jak wy, a kto wie, czy nie lepszy. - Właśnie! - pomyślał. - Przecież cię pokonałem.
- A, owszem - przyznała. - Z zaskoczenia, podczas snu. Nie byłam gotowa. Poza tym oczekiwałam raczej Aszregana; dużego i silnego, ale jednak Aszregana. Ty nim nie jesteś.
- No, to pamiętaj o tym podczas wędrówki. Schował nabój z gazem do kieszonki przy pasie, założył plecak i opuścił mnożnik na oczy. Potem skinął bronią odebraną Teotowi.
- Chyba już pora ruszać.
Skierowała się we wskazanym kierunku. Cały czas mówiła, często odwracając przy tym głowę przez ramię.
- Niczego tam nie znajdziesz. Oglądałam mapy. Wzgórza przechodzą w pionowe skały, a ja nie mam sprzętu do wspinaczki.
- Nie będzie nam potrzebny. Muszę zbadać okolicę. Będziesz szła przodem, aby wybierać najbezpieczniejsze ścieżki.
Spojrzała mu w twarz, jakby chciała odczytać myśli Aszregana. Potem wzruszyła ramionami.
- Jesteś bardzo młody jak na oficera - powiedziała późną nocą.
Z bronią pod ręką przyglądał się jej, gdy jadła samopodgrzewającą się porcję, znalezioną w plecaku.
- Ludzie też szybko awansują.
- Owszem, ale my mamy walkę we krwi. Nikt nie musi nas do niej "namawiać".
Gdy zjedli, Randżi zakopał starannie resztki opakowań.
- Wy, Ziemianie, znacie się tylko na walce i zabijaniu. Nic nie wiecie o innych rasach.
- W tym jesteśmy dobrzy. - Uśmiechnęła się, jakby nie miała najmniejszego zamiaru wyrażać skruchy. - Potrafimy więcej, ale gdy zyska się już reputację kogoś... - urwała i przysunęła się bliżej Aszregana. - Cholera, jesteś tak podobny do normalnego chłopa. Tylko ta twarz. Masz palce pianisty.
Uniósł broń z ziemi.
- Nie zbliżaj się!
- Spokojnie. Chcę tylko coś sprawdzić. I tak to ty masz broń.
Powoli przesunęła palcem po kościanym łuku, zaczynającym się na prawym policzku i wiodącym aż za cofnięte ucho. Potem musnęła płaski nos. Skóra aż płonęła Randżiemu od tego krótkiego kontaktu.
- Już dobrze. Wiem, że to prawdziwe.
- A jakie miałoby być? Z plastiku?
- Sama nie wiem - mruknęła jakby rozczarowana. - Przy tym podobieństwie...
- Nie ma we mnie nic fałszywego - stwierdził.
Nie skomentowała. Otworzył następną porcję i poczekał, aż się ogrzeje. Gdy para zaczęła buchać przez perforowane wieczko, znaczyło to, że danie jest gotowe; wchłonęło już dość wilgoci z powietrza. Smakowało nieźle, pełne było kawałeczków mięsa.
Zjadł połowę i zaproponował resztę dziewczynie. Przyjęła bez wahania i wyjadła do czysta.
Tuż obok znaleźli niewielkie zagłębienie pełne gałęzi, liści i resztek ściółki. Randżi zdjął pas, plecak i ugniótł leśne śmieci w coś na kształt posłania. Dziewczyna była zdumiona, że zaproponował jej to leże.
- To dla mojej wygody, nie dla ciebie - wyjaśnił. - Nie wstaniesz na tych gałązkach nie czyniąc hałasu. Lekko sypiam. Ledwo gałązka strzeli, zaraz się budzę.
- Uprzedzam, że czasem się wiercę.
- No, to raz spróbuj spać spokojnie.
Gdy obudził się tuż przed świtem, jama była pusta. Ale dziewczyna nie uciekła. Ku swojemu niebotycznemu zdumieniu odkrył ją skuloną tuż obok. Sięgnął po broń, ale wtedy niespodziewanie poczuł, że ujęła jego dłoń. Nie wiedzieć czemu, nie miał ochoty jej odtrącić.
Była blisko. Była prawie Aszreganką.
- No i dobrze - szepnęła. - Jak zechcesz, to złamiesz mi kark, ale póki co chciałabym coś sprawdzić. To zwykła ciekawość. Ostatecznie jestem tylko kobietą.
- To jeszcze nie wyjaśnia, skąd wzięłaś się tak blisko. Przetoczyła się na plecy i zapatrzyła w niebo.
- Nie wiem, jak lepiej to wyrazić. Wiem tylko, że mogłeś mnie zastrzelić, a jednak tego nie zrobiłeś.
- Już wyjaśniłem. Przydasz się jako źródło informacji i zakładniczka - spojrzał na nią uważnie. - Ale tobie chodzi po głowie coś więcej.
- Mniejsza z tym - stwierdziła pewnym tonem, jakby o czymś właśnie zdecydowała. - Moi kumple i tak nas znajdą. Ale ta cholerna ciekawość... Wiesz, tak naprawdę nie chciałam być tropicielką. Marzyłam raczej o karierze naukowej.
Przysunęła się jeszcze bliżej.
Randżi wyczuł, że to nie jest atak.